Nie jest chyba trudno opisać wojnę, trudno jest ją przeżyć.
Parafia pod wezwaniem Ducha Św. w Langas, na peryferiach miasta Eldoret, przeszła przez próbę ognia.
W pobliskich slumsach żyją przeróżni ludzie, dobrzy i źli, mieszanka różnych grup etnicznych. W tej 90 tysięcznej dzielnicy roi się od kościołów, których nie sposób zliczyć i nazwać. To tu głównie zaczęły się jedne z najbardziej krwawych zamieszek w najnowszej historii Kenii, zamieszek na tle politycznym, które wkrótce przerodziły się w konflikt etniczny. Nawet wiara i kościoły nie były w stanie zatrzymać tej okropnej maszyny śmierci.
W niedziele, późnym popołudniem (30.12.2007), 30 osobowa grupa młodzieży nawiedziła teren kościoła.
"Nie chcemy zostać na noc w naszych domach – powiedzieli – jest zbyt niebezpiecznie". I są tu do dziś.
Następnego dnia słychać było odgłos strzałów z broni. Policja próbowała rozgonić tłum rozjuszonej młodzieży. A gdy na ulicy przed ich domami pojawiły się porozrzucane ciała, nie było zadanej wątpliwości, że to ostatni dzwonek, by uciekać. Schronieniem stały się kościoły, posterunki policji. Ale i te żyły w ciągłym zagrożeniu. Parafia w Langas przeżyła "najazd" ludzi. Przychodzili z tym, co mogli udźwignąć. Niewiele tego było. Materac, koc, ale bez zapasu żywności. W Nowy Rok plac kościelny, kościół i szkoła były zapełnione. Panował strach. Proboszcz, O. Martin Cingel, słowacki werbista chciał pojechać do jednej wioski i kupić choć worek, dwa kukurydzy. Nie ujechał daleko. Bojówkarze kazali mu zawrócić. Na szczęście nic mu złego nie zrobili. Przyszli tu ludzie z różnych okolic. Również przyszła grupa tych, którzy uratowali się z płonącego kościoła i wioski. Wielu było poparzonych z głębokimi ranami, ale przyszli. Wieczorem chcieliśmy dostać choć jednego policjanta, by patrolował, ale to zakrawało na cud. Po długich negocjacjach, również za sprawą naszych placówek dyplomatycznych, udało się wywrzeć wpływ, by następnego dnia cała grupa miała zagwarantowane minimum bezpieczeństwa w obecności dwóch policjantów.
Był fałszywy alarm, że bojówkarze nadchodzą. Ludzie panikowali. A zebrało się ich ponad 7000. Gdy wszystko wydawało się beznadzieją, sami ludzie zaczęli się organizować. Kobiety i dzieci do kościoła i szkoły, mężczyźni w grupach pod ogrodzenie kościoła. Mieli się bronić w razie ataku. Na szczęście do niego nie doszło.
Dreszcz mnie przeszedł, gdy tuż po fałszywym alarmie mężczyźni ostrzyli swoje maczety na wypadek ataku. Odgłos ostrzonej maczety o kamień jeszcze do dziś tkwi mi w pamięci i szczerze mówiąc, już nie powoduje we mnie strachu, lecz śmiech.
Codziennie coś się działo na zewnątrz, a my zamknięci czekaliśmy na spokój. Pojawiały się coraz większe problemy, skąd dostać żywność. Mieliśmy szczęście, że na terenie kościoła była studnia z wodą. Niestety warunki sanitarne pogarszały się z godziny na godzinę. I tu znowu ludzie wzięli się w garść i narzucili wobec siebie trochę dyscypliny. I pomogło. Kilka dni później dotarło do nas 36 worków kukurydzy z Czerwonego Krzyża. Odwiedził nas biskup, powiedział tylko: "trzymajcie się i módlcie się". On na swoim terenie miał jeszcze więcej uchodźców i nic nie mógł temu poradzić. W sobotę, siódmego stycznia przyjechali żołnierze. Najpierw zapanował strach, ale szybko ich opuścił. Następnie przyjechali lekarze i pielęgniarze, którzy rozdali leki.
Ludzie w ciągu dnia mieli odwagę wyjść poza teren kościoła i szukać żywności dla reszty rodziny. Byli też tacy, którzy nic nie mieli ze sobą. Pojawiła się potrzeba koordynowania, by odpowiednio rozdysponować posiadane środki. Nie było łatwo, ale możliwe.
Dziś niemal wszyscy opuścili teren kościoła. Poszli do miejsc zorganizowanych dla uchodźców. Jaka będzie ich kolejna przygoda w życiu, tego nikt nie wie. Jednego nie mogą zrozumieć, dlaczego zostali uchodźcami we własnym kraju.
A my, którzy tu jesteśmy, czy znaleźliśmy się przez przypadek? Wdzięczni jesteśmy każdemu z Was za solidarność z nami. Media, w tym Telewizja Polska, TVN i radio, które nagłośniły całą sprawę, obudziły również wiele serc w Polsce, które modliły się, a teraz chcą podzielić się z tymi, którzy wszystko stracili. Przede wszystkim za to jesteśmy Wam wdzięczni, że duchem byliście z nami i dlatego też byliśmy pewni, że nic nam nie grozi. Bóg Zapłać!
o. Stanisław Róż SVD
Bilans krwawych zamieszek w Kenii
Statystyki i liczby najczęściej nie odzwierciedlają rzeczywistości, ale dla wielu mówią wiele:
1. W krwawych zamieszkach w Kenii spowodowanych konfliktem powyborczym oficjalnie zginęło 486 ludzi.
2. Strach i panika mieszkańców spowodowany tym, że 260 tys. do dziś koczuje pod niebem. Są uchodźcami we własnym kraju.
3. Setki budynków spalonych przez małe i zorganizowane bojówki.
4. Z jednego tylko miasta Eldoret wyjechało juz ok. 120 tys. ludzi. Miastu grozi załamanie.
5. Konflikt powyborczy w niektórych częściach kraju przerodził się w konflikt etniczny. Próbuje się oczyścić niektóre tereny z ludzi, którzy są mniejszością etniczną.
6. Bilans strat w produkcji określa się juz na 60 miliardów kenijskich szylingów.
7. Wartość pieniądza spadła w ciągu tygodnia o 6%.
8. Turystyka, główny sektor co przynosi zyski dla kraju, spadła ze 100% niemal do zera. Szacuje się, że potrzeba będzie 8 miesięcy, by przywrócić Kenii wiarygodność, że jest bezpiecznym krajem.
9. Nagle podwyżki niemal wszystkich produktów.
10. Miliony ludzi pozostawionych z uprzedzeniami do drugiego człowieka, podejrzeniami i nierzadko wrogością, zwłaszcza wśród tych, którzy zostali zranieni.