Dziś jest:

Ojciec Marian zmienia ludzi



           Ojciec Marian Żelazek jest bardzo aktywnym misjonarzem. Podejmuje i realizuje wiele dzieł. Lecz jego największym dziełem jest to, że w każdej chwili swego niezwykłego życia dostrzega najbardziej potrzebujących i odtrąconych, oraz że... zmienia ludzi. Tego sam doświadczyłem.
           Kiedy podjęliśmy studia na Akademii Medycznej w Poznaniu - mówię także o mojej późniejszej żonie Beacie - marzyliśmy o tym, by skończyć medycynę tropikalną i pracować w krajach Trzeciego Świata, niekoniecznie na misjach, chociaż to wydawało się nam najłatwiejsze. Byliśmy związani z duszpasterstwem akademickim. Nie było jednak akademickiego ruchu misyjnego, który funkcjonował dawniej - za czasów dr Błeńskiej. Poznaliśmy jednak ks. Ambrożego Ambroziaka, misjonarza z Kamerunu. On też zaczął tworzyć akademicki ruch misyjny. Na jednym z naszych spotkań padł pomysł założenia koła medycyny tropikalnej. Ksiądz Ambroży podpowiedział nam, że w Indiach pracuje ojciec Marian Żelazek z Wielkopolski i możemy do niego pojechać. Byliśmy wtedy studentami czwartego roku, mieliśmy po dwadzieścia trzy lata. Dzięki pomocy różnych firm i ks. Ambroziaka mogło wyjechać sześć osób.
           Po dwóch - trzech dniach pobytu w Puri zrozumiałem, że Chrystusa można pojmować zupełnie inaczej: jako Kogoś stale obecnego tuż koło nas, tu i teraz. Ojciec Marian zmienił moją wiarę. Dzięki niemu zacząłem odczytywać każde słowo Nowego Testamentu jako słowo żywe i jak najbardziej aktualne.
           Za ojcem Marianem tęskni się. My również z żoną często go wspominamy. Gdy znów pojechaliśmy do niego, wiedziałem, że muszę jak najwięcej obserwować Ojca. By nic nie uronić. Pracowałem tam jako internista - dopiero po studiach. Stanąłem przede wszystkim przed barierą diagnostyki i barierą lekarstw. Jednak obserwując ojca Żelazka, jego sposób podejścia do chorych, zrozumiałem, że ci ludzie pragną przede wszystkim jednego - by z nimi być.
           Któregoś dnia przyszła do nas matka z dzieckiem chorym na malarię. Było w ciężkim stanie. Powiedzieliśmy matce, że potrzebne są... bardzo drogie leki. Lecz od razu dodaliśmy, że porozmawiamy o tym z Ojcem. Oczywiście, ojciec Marian przyrzekł, że kupi lekarstwa. Nie minęło dużo czasu, ta matka ponownie przychodzi. Tłumaczymy, że wszystko już załatwione. Poszła. Za chwilę sytuacja się powtarza. Znów żąda, żebyśmy jeszcze raz zbadali jej dziecko. Tłumaczymy... Przychodziła siedem razy. Za ostatnim razem zaczęła krzyczeć, awanturować się. Widzimy, że jest niezrównoważona psychicznie. Było gorąco, tłum oczekujących pacjentów. Zdenerwowani próbujemy jakoś wbić jej do głowy, że dziecko ma zapewnione leczenie. Na tę chwilę przyjechał ojciec Marian. Patrzy... Po chwili mówi cicho - po polsku - bardziej do siebie niż do nas:
- Zobaczcie, jakie to piękne. Ona, jak Matuchna Maryja dla Jezusa. Wszystko by zrobiła. Nawet się upokarza, żeby tylko jej dziecko było zdrowe. Prawda - czysta jak łzy tej awanturującej się matki. Jaką trzeba mieć wiarę, jak trzeba być świętym, aby tę prostą i jakby oczywistą prawdę dostrzec. Miłosierdzie to dar Boży. Ojciec ma ten dar. Idzie do pacjentów, dotyka ich, przytula... i leczy. To nie są cuda. Tak się po prostu dzieje. Miłosierdzie jest jego charyzmatem. Ojciec Marian zastępuje tam teraz Matkę Teresę. Nie tylko ja tak uważam. I nie tylko dlatego, że opiekuje się najuboższymi, trędowatymi. Bardziej z racji tej niepojętej charyzmy. Spotkanie z nim pozostawia ślad uzdrowienia, daje "kopa" na całe życie.
           Nasza tęsknota za Ojcem, to tęsknota za jego Osobą, za jego ideałami i za miejscem, gdzie żyje. Tam, gdzie teraz mieszka, w aśramie, są drzewa, mała sadzawka, dużo kwiatów, domek i kaplica, w której się modli. Najzwyklejsze, a jednak wyjątkowe miejsce - bo tam mieszka Ojciec Marian, i tam Bóg daje mu siły. Tam rodzą się piękne rzeczy.
           Wielokrotnie byliśmy u Ojca. Razem odpoczywaliśmy po obiedzie - do trzeciej. Bywały dni, że myślałem: dziś zostanę, jutro będę miał więcej sił i pójdę. Nogi mi puchły z odwodnienia. Lecz nadchodziła godzina trzecia - ojciec Marian, który ma osiemdziesiąt lat i jest na pewno o wiele bardziej ode mnie zmęczony, wstaje. Idzie z uśmiechem, żartuje... Rodziła się myśl: po co ja tu przyjechałem; jeśli nie wstanę, to czy mam prawo tu być? Nie było już problemu. Dziś także, kiedy w pracy jest ciężko, w nocy wzywają mnie do pacjenta, kiedy pojawia się pokusa - mam swoje prawa, bo nie mam sił, mówię sobie: Boże pozwól mi być tak silnym, jak ojciec Marian.
           Kiedyś przy kolacji ojciec Marian mówi:
- Mi się tak widzi, że to jest takie piękne, jak ci biali wyznawcy Kriszny przyjeżdżają tutaj z Europy i tańczą na drodze. To piękne, że tak tańczą, lecz smutne, że nie chcą ich wpuścić do ich świątyni. To bardzo przykre, że ten ich bóg nie chce ich tam.
           Nikogo nie potępił: ani białych za to, że odeszli od chrześcijaństwa, nie powiedział, że są głupi i naiwni, ani miejscowych wyznawców Kriszny, uważających tych z Europy za sekciarzy.
           Kiedy się rozstawaliśmy i już wsiadałem do pociągu, Ojciec powiedział:
- Ucz dzieci modlić się.
           W pierwszej chwili nie zwróciłem na to uwagi. Dopiero później przyszła refleksja. Dlaczego on mi to powiedział? Czy to był tylko przypadek? Dzieci inaczej się modlą. Czasami płacz dziecka jest modlitwą. Dlaczego ja, a nie żona? Jeśli mam ich uczyć modlitwy, to znaczy, że razem mamy się modlić. Czyli, że i ja mam uczyć się od nich modlitwy. Czy tak myślał Ojciec? Jego wręcz dziecięca prostota za tym by przemawiała... Dla mnie jedno jest ważne: wiem, że to ja mam uczyć dzieci modlitwy.

           Leszek Niepolski, lekarz, dwukrotnie przebywał w Puri w ramach współpracy misji o. Mariana Żelazka z Akademią Medyczną w Poznaniu.

Leszek Niepolski

Ilość wizyt od 12 października 2005 r.:
free online visitor stat counter