Dziś jest:

Misja wśród Adibasów



Dnia 2 marca 1950 roku o. Marian Żelazek, wraz ze Słowakiem, także werbistą, o. Michalem Slivką, wsiedli w Genui we Włoszech na holenderski statek handlowy, którym udali się do Indii. Po trzech tygodniach podróży przybyli do Bombaju.

Po zaledwie kilkumiesięcznym przygotowaniu ojciec Żelazek udał się do werbistowskiej stacji misyjnej w Hamirpur, wówczas jednej z pięciu w całej misji Sambalpur, gdzie już znajdowało się gimnazjum. Tam też miał założyć niższe seminarium.


Ufali nowemu dyrektorowi

           Na tej stacji pracował przez trzynaście lat, do 1964 roku. Przede wszystkim był dyrektorem wspomnianej szkoły średniej oraz prefektem niższego seminarium. Oczywiście prowadził także zwyczajną pracę duszpasterską. W październiku 1951 roku zanotował:
           - W naszej szkole apostolskiej opiekuję się szesnastoma chłopcami, kandydatami na przyszłych kapłanów. Żyjemy sobie tutaj w skromnych warunkach, ale nie żalimy się i czekamy na dobrodziejów. Na początku lat pięćdziesiątych do jedynego wówczas w misji Sambalpur katolickiego gimnazjum uczęszczało ponad trzystu pięćdziesięciu chłopców. Tylko około dwustu pochodziło z rodzin katolickich. Świadczy to o tym, że także niekatoliccy rodzice ufali nowemu dyrektorowi, ojcu Marianowi Żelazkowi. Z czasem liczba wszystkich uczniów podwoiła się. Tylko w szkolnej bursie mieszkało około 400 chłopców z dalszych okolic. A sam misjonarz podkreśla:
           - Dla tych prostych, żyjących w dżungli koczowników było czymś naprawdę ważnym, że katoliccy misjonarze zajmowali się nimi, i to bezinteresownie. I co najważniejsze - ich dzieci zdobywały w naszych szkołach wykształcenie. Nasze gimnazjum wydało dwóch biskupów, wielu kapłanów, wojewodę, inżynierów i fachowców innych specjalności, a przede wszystkim nauczycieli dla naszych szkół misyjnych.

Misyjne podróże rowerem

           Ojciec Marian prowadził również zwyczajną działalność duszpasterską. I rower - nie samochód czy koń, ale właśnie rower był w tym czasie jego najważniejszym środkiem lokomocji. Także innych misjonarzy.
           - Tworzyliśmy misjonarską grupę podróżującą wyłącznie na rowerach - wspomina Ojciec Misjonarz. - Rower jest cudownym środkiem podróżowania. To prawda - wymęcza, ale za to daje nadzwyczajną okazję do spotykania się z ludźmi. Jako chłopak nie wyobrażałem sobie inaczej misjonarza, jak tylko z brodą i na koniu. Misja Sambalpur zniszczyła albo raczej poprawiła we mnie ten obraz. Nigdy nie zapuściłem brody. No i żaden koń nie mógłby dokonać tego, co rower w terenowych warunkach naszej misji... Na nim wszędzie można było dotrzeć. Rower umożliwiał przeciskanie się wąskimi ścieżkami pośród pól ryżowych. Można go też było zabrać na wąskie czółno wydrążone z jednego pnia, co prawda z duszą na ramieniu i trzymając go kurczowo między nogami. Taka podróż zawsze kończyła się uczuciem ulgi, że jeszcze tym razem się udało...
Moim największym szczęściem było to, że mogłem wieźć rowerem Pana Jezusa 30-40 kilometrów do umierających, którzy żyli z dala od większych skupisk ludzkich, gdzieś w dżungli. Jakże oni czekali na ostatnią pociechę, na spowiedź i sakrament chorych. Ich wdzięczność za to, że mogli przyjąć Pana Jezusa, w pełni wynagradzała moją podróż. Bywało jednak i tak, że przyjeżdżałem za późno. Ze smutkiem trzeba było wracać do domu...
           Na samotnego misjonarza czyhały na misyjnych bezdrożach różne niebezpieczeństwa. Przede wszystkim ze strony dzikich zwierząt, zwłaszcza czarnych niedźwiedzi i jadowitych węży.

Bez lęku wśród niebezpieczeństw

           - Na naszym terenie można było spotkać kobrę, ganaita i karaita - opowiada ojciec Żelazek. - W czasie pory deszczowej, od czerwca do września, były one szczególnie niebezpieczne, a także w porze gorącej - od kwietnia do czerwca. W porze deszczowej, gdy woda zalała jamę węża, odpoczywał on na ścieżkach, po których chodzili ludzie, jako że przeważnie wznosiły się one nieco nad terenem, a więc były względnie suche. W porze gorącej te same miejsca zapewniały odrobinę chłodzącego powietrza. Po zapadnięciu nocy Adibas szedł drogą postukując kijem. Nie zawsze to jednak skutkowało. Na szczęście, ludzie dżungli stosują pewne zioła przeciw ukąszeniu jadowitych węży. Jest to płyn ajurwedyczny, tyriak, produkowany w południowych Indiach. W wypadku ukąszenia przez jadowitego węża podawało się ofierze co pięć minut dziesięć kropli tyriaku na małą łyżeczkę wody. Jeżeli jad działał, lekarstwo smakowało słodko. Podawano je tak długo, aż ukąszony nie chciał pić więcej z powodu smaku goryczy. Gdy poczuł tę gorycz, był uratowany. Lekarstwo podane nie za późno, działało niezawodnie. Ale nie było skuteczne dla alkoholików. Nawet mała dawka alkoholu niweczyła jego działanie. Niestety, nasi Adibasi lubili pić hariya, piwo wyrabiane z ryżu.
           W czasie jednego ze swoich wypadów do dżungli ojciec Żelazek spotkał człowieka, który wokół głowy miał jakby ścieżkę pozbawioną włosów. Człowiek ten natknął się kiedyś na niedźwiedzia. Zwierzę dosięgło go swą kosmatą łapą, zdzierając mu z głowy skórę wraz z włosami. Ponieważ dla niego szpital był luksusem, ludzie nałożyli mu na głowę zdartą skórę, obłożyli krowim łajnem i obwiązali szmatą. Biedak wyzdrowiał, tylko pozostał ten widoczny ślad drapieżnej zachłanności niedźwiedzia.

Święcenie zbiorów i zasiewów

           Biedni parafianie ojca Mariana zajmowali się przede wszystkim uprawą ryżu i pasterstwem. I wokół tych czynności urządzali swoje najważniejsze święta.
           Na przykład, gdy w Polsce katolicy obchodzą 15 sierpnia święto Matki Bożej Zielnej, dziękując Bogu za udane zbiory, w Indiach święcą Dhan bunek pudia. W tym dniu cała parafia zamawia uroczystą Mszę świętą błagalną o deszcz i błogosławieństwo Boże dla zasiewów. Po powrocie do domów urządzają barka khana (wielkie jedzenie), składające się z porcji sypkiego ryżu, placków ryżowych oraz z małych chlebów. To pożywienie popijają obficie piwem hariya. Tańce trwają do późnej nocy.
           Poganie również święcą 15 sierpnia. Dawniej w tym dniu zabijali ludzi i krwią ludzką skrapiali pola, aby zbiory były lepsze. Już w latach pięćdziesiątych praktyki te zostały zabronione. Dlatego pokrapiano pola krwią zabitej kury. Jednakowoż i wówczas zdarzały się przypadki zabójstw zazwyczaj jakichś samotnych wędrowców, których nigdy nie brakowało na indyjskich drogach.
           - Co do mnie - zauważa ojciec Marian - nie chciałbym być tego rodzaju męczennikiem, bo w niebie na pewno robiono by mi trudności, że to nie męczeństwo dla wiary, ale z powodu ciemnoty ludzkiej.

Rekolekcje wśród pastuchów

           W swojej pierwszej stacji misyjnej ojciec Żelazek organizował również rekolekcje, między innymi dla matek i pastuchów. W jego listach z tamtych lat odnalazłem takie opisy:
           - Wszystkich matek przyszło 350. Niektóre musiały iść aż trzy dni, zazwyczaj z dzieckiem na plecach, podczas gdy drugie czepiało się matczynego ubrania. Musiały też przynieść ze sobą naczynia do gotowania, drewno na opał oraz ryż. Składały zaiste ogromną ofiarę. Niektóre, chociaż miały maleńkie dzieci, wyglądały bardzo staro. Pytanie o wiek byłoby bezsensowne, bo żadna z nich nie wie, ile ma lat. Podziwiałem te dzielne matczyska. I tak sobie myślałem, że Pan Jezus musi być z nich bardzo zadowolony za ich bezpretensjonalną ofiarność. Z pewnością przyniosą one wiele błogosławieństwa dla naszej stacji misyjnej. Podczas nauk w kościele przed mymi oczami przeplatały się różne piękne sytuacje. Wrzawy małych dzieci było co niemiara. Zewsząd dochodziły do mnie wołania: ayio (mamo). Tu dzieciak bębni w najlepsze ręką o stołek, tam tańczy wokół mamusi. Zaiste... rajski obrazek, tym bardziej że owe dzieciątka bawią się bez jakiegokolwiek ubranka, w całej ozdobie swej dziecinnej niewinności.
           - Rekolekcje dla pastuchów i pastuszków trwały trzy dni - opowiada ojciec Marian. - Wśród nich byli pomarszczeni staruszkowie, którzy całe życie spędzili przy pasieniu bydła. Lecz większość stanowiła brać pastuszków-chłopców i dziewcząt, których losem jest tułać się za bydłem po polach i lasach. Nasz lud kocha się w trzymaniu licznego bydła domowego - krów, wołów, kóz i czarnych świń. Najmłodszy z rodziny jest zazwyczaj skazany na tę pracę. Nie zna on szkoły. Jedyna jego księga, w której umie nieco czytać, to żywa przyroda, lasy i pola. A że bydłu i w niedzielę chce się jeść, więc pastuch - zamiast do kościoła - idzie do swojej codziennej pracy. Tych pasterzy otaczam szczególną troską. Właśnie przez rekolekcje pragnę ich przyciągnąć do misji. W tym roku było ich pięćdziesięciu, każdy ściskał w garści kij pasterski i miał ze sobą porcję ryżu na trzy dni. Uczęszczali pilnie na nauki rekolekcyjne, procesję różańcową i Drogę Krzyżową. W czasie wolnym fanatycznie uganiali się za piłką. Po zakończeniu rekolekcji śpiewem pożegnali misjonarza i zadowoleni odeszli do swojej monotonnej pasterskiej doli.
           Zgodnie z zasadą, że misjonarz powinien być człowiekiem nie obawiającym się żadnych przygód i tym, który wciąż idzie naprzód, ojciec Marian i jego współbracia zakładali nowe stacje misyjne tam, gdzie nie docierali nawet hinduiści.
           Zresztą urzędnicy, rekrutujący się z wyższych kast hinduskich po prostu udawali, że Adibasi nie istnieją. I tak "rozwiązywali" problem najuboższych warstw społecznych. Nawet nie troszczyli się o ich elementarną edukację.
           Misjonarze werbistowscy zakładali nową stację misyjną według jednej i tej samej zasady. Najpierw budowali szkołę podstawową, w której była też kaplica i małe pomieszczenie dla misjonarza. Był to zazwyczaj prosty, gliniany budynek, pokryty dachówką własnego wyrobu. Misjonarze musieli jeszcze wykształcić nauczycieli i katechistów, którzy mieli prowadzić te szkoły. Tym bardziej że pierwsze stacje misyjne były bardzo duże, na przykład Kesramal obejmowało obszar równy województwu poznańskiemu, nie mówiąc już o samej misji Sambalpur, z której później wyodrębniono dwie diecezje. I właśnie nauczyciele wiejscy oraz katechiści byli najbliższymi i najważniejszymi współpracownikami misjonarzy.

Garść ryżu na tacę

           Ośrodkiem życia religijnego najmniejszej wiejskiej wspólnoty wiernych była oczywiście niedzielna Msza święta. Wierni mieszkający w promieniu kilku kilometrów od głównej stacji misyjnej, gdzie był kościół, byli zobowiązani do uczestnictwa w Eucharystii. Większość wypełniała ten obowiązek, a zarazem prawie wszyscy przystępowali do komunii świętej. Lecz misjonarze nie mogli dotrzeć do każdej wiejskiej kaplicy. Dlatego poniekąd "zastępowali" ich katechiści. Właśnie tam, w maleńkich przyszkolnych kaplicach odprawiali oni nabożeństwo Słowa Bożego, które składało się z odczytania niedzielnych czytań, homilii katechisty, komunii duchowej oraz składania darów w postaci garści ryżu. Ojciec Bernard Bona, który przez dziesięć lat był przełożonym wszystkich werbistów w regii Sambalpur, zanotował:
           - Ta garść ryżu zastępowała datki na tacę przed Ofiarowaniem. Zgodnie z tutejszym obyczajem, każda matka czy dziewczyna, która gotuje ryż w domu, czyści go dla całej rodziny w koszu plecionym z bambusa; licząc, ile garści zjada codziennie ojciec, ona sama i dzieci, jedną garść odkłada do tykwy z dyni lub do małego koszyczka z bambusa. Te właśnie koszyczki składa na Ofiarowanie w czasie niedzielnej Mszy świętej. W centralnym kościele sodaliski na Ofiarowanie w czasie Mszy świętej przynoszą do ołtarza ryż zebrany po wioskach. Nazywa się to mutha serni, to znaczy ofiarna garść. Czasem zamiast ryżu, jeśli go nie mają, przynoszą ludzie tak zwaną dal; jest to coś, co przypomina soczewicę. Pięknie w tym zwyczaju występuje element ofiary. Wszak tę garść ryżu odejmują sobie od ust ludzie, którzy przeciętnie jadają tylko raz dziennie. Odkąd wprowadziliśmy tę formę ofiary, ludzie uznali, że doznają błogosławieństwa Bożego, bo już nie głodują tak jak dawniej.
           Wierni chętnie się spowiadali. Misjonarzy napawało to wielką radością, ale i oznaczało dla nich po prostu ciężką harówkę. Nierzadko spowiadali przez całą noc. Ojciec Marian również tego doświadczył. Penitenci rozkładali się na podłodze i spali. Budzili ich sąsiedzi z kolejki. Spowiednik natomiast nie mógł opuścić konfesjonału.
           We wioskach zagubionych w dżungli, tam gdzie nie wybudowano jeszcze szkół i pokoików dla misjonarzy, mieszkali oni w kaplicach. Wierni wstawiali do kościółka łóżko dla misjonarza, które miało spełniać nie tylko swoją właściwą funkcję, ale i zastępować stół, krzesło, a nawet ołtarz oraz - postawione "na sztorc" - kraty konfesjonału. Gdy penitenci zapominali się i zbyt mocno opierali się o łóżko-konfesjonał, spowiednik przeżywał szczególnie mocne uderzenie...
           Dla ojca Mariana i innych pierwszych misjonarzy misji Sambalpur przedmiotem szczególnej troski były rodzime powołania. Po latach ojciec Żelazek wyznaje:
           - Dobrze zrozumieliśmy zasadę misyjną: "On musi róść, a ja muszę stawać się małym". Nawet, gdyby to bolało z powodu ludzkich sytuacji. Na początku było nas 24 misjonarzy, sami obcokrajowcy. Żniwo było ogromne, a robotników było naprawdę mało. Dzisiaj misja Sambalpur rozwinęła się już na dwie diecezje. Lecz co najważniejsze, znacznie pomnożyła się liczba stacji i szkół misyjnych i wzrosła liczba pracowników w winnicy Pańskiej: trzech biskupów, stu dwunastu kapłanów, jedenastu braci, pięciu diakonów, sześciu seminarzystów na praktyce misyjnej, razem stu trzydziestu siedmiu werbistowskich współbraci. Do tej liczby trzeba dodać trzydziestu siedmiu kapłanów diecezjalnych. Jakiż wspaniały rozwój... Większość z tych, którzy odważnie pisali pierwszy rozdział misji sambalpurskiej, poszła po nagrodę do Pana. Spoczywają na różnych cmentarzach w Indiach, w Ameryce, w Meksyku, w Europie; ojciec Bernard Bona - w Polsce. "Ziarno rzucone w glebę, musi najpierw obumrzeć, ażeby wydało piękne owoce". Pozostało nas, misjonarzy zagranicznych, którzy z woli Bożej mogą cieszyć się złotym jubileuszem misji, już tylko dwóch: ojciec Piotr Speicher, Niemiec, i ja - Polak.
           Ten wspaniały rozwój uwidocznił się już na początku lat sześćdziesiątych. W misji Sambalpur było wówczas około stu siedemdziesięciu pięcioklasowych szkół podstawowych z językiem wykładowym orija, dwadzieścia szkół średnich (klasy szóste i siódme) i dziewięć czteroletnich gimnazjów, przygotowujących do studiów wyższych. W samych szkołach podstawowych uczyło się każdego roku kilkanaście tysięcy dzieci, z których znaczna, większość była katolikami.
           - Było w tym coś wzruszającego, gdy każdego roku "dżungla" garnęła się do nauki - mówi ojciec Marian. - Nasz biskup, sędziwy już dziś człowiek, ks. Alfons Bilung, kiedy był chłopcem, biegał nagi z łukiem po dżungli; drobnymi rączkami zbierał krowie łajno, które służyło do różnych domowych potrzeb. Teraz te same ręce, kapłańskie i biskupie, wznoszą Przenajświętsze Ciało i Krew Pana Jezusa podczas Ofiary Mszy świętej.

Andrzej Sujka

Ilość wizyt od 12 października 2005 r.:
free online visitor stat counter