Dziś jest:

Na ojca Mariana można liczyć



           Spośród siedemnastu filmów, które zrobiłam o Indiach, trzy są najbliższe memu sercu. Wszystkie opowiadają o pracy ojca Mariana Żelazka w Puri. Pierwszy nosi tytuł "Misja". Zrobiłam go z koleżanką w roku 1987 dzięki wsparciu finansowemu księży werbistów. Jak do tego doszło?
           Po raz pierwszy usłyszałam o ojcu Żelazku od moich kolegów, alpinistów, wśród których spędziłam większą część życia. Po jednej z wypraw, gdy zatrzymaliśmy się w Katmandu, oni przyszli do lekarza wyprawy z pytaniem, czy lekarstwa, bandaże, witaminy na pewno nie będą mu już potrzebne. Zaciekawiło mnie to. Powiedzieli mi, że chcą zawieźć wszystkie te rzeczy do polskiego misjonarza w Puri, który opiekuje się trędowatymi. Później w Puri byli moi przyjaciele - państwo Krasiccy. Wrócili zahipnotyzowani postacią ojca Mariana. Kiedy więc wybierałam się po raz kolejny do Indii, postanowiłam zrobić film o tym - jak słyszałam - niezwykłym misjonarzu. Ale był stan wojenny i nie mogłam nawet marzyć o zrobieniu filmów na profesjonalnym sprzęcie Telewizji, w której pracowałam. Musiał więc to być film trochę amatorski.
           Pod czułą opieką Ojca poszłyśmy do kolonii trędowatych. Kiedy zobaczyłam ludzi bez rąk, bez nosów, myślałam, że osiwieję. Jednocześnie doświadczyłam nieprawdopodobnej pogody ducha, która płynęła z ojca Mariana. Wtedy też, dzięki niemu, zrozumiałam, że wszystkie moje trudy w życiu mogą być piękne. Od tej pory przestałam się bać.
           Któregoś razu trędowaci poczęstowali mnie i koleżankę - by nas uszanować - szklanką wody, z pewnością pełnej ameb. Koleżanka nie mogła się przemóc. Ojciec Marian mówi do mnie:
- Jeśli się przeżegnasz i pomodlisz, to Matuchna Najświętsza sprawi, że nie będziesz chora. Wypiłam za siebie i za koleżankę. A Ojciec dodał:
- Ty wypiłaś, ona nie. Ale jesteście razem. I nie jesteś od niej lepsza, tylko inaczej reagujecie.
           Ojciec Marian po prostu pokazuje, że wszystko można "obrócić" tak, żeby człowiek rzeczywiście stawał się lepszy. Trudno, życie zawsze będzie pod górę.! Lecz tę górę można zdobyć.
           Poznałam wielu wspaniałych księży, za co dziękuję Bogu. Jakże dużo zawdzięczam księdzu Popiełuszce, księdzu Peszkowskiemu i ojcu Gładyszowi. Ale ojciec j Marian stal się moim nauczycielem i przewodnikiem. Postanowiłam, że gdziekolwiek będę i cokolwiek będę robić, jego będę brać za przykład. I dlatego często zastanawiam się, jak w danej sytuacji on by postąpił.
           Już po przełomie 1989 roku zaproponowano mi studia w Akademii Obrony Narodowej. Jako pierwszej kobiecie w Polsce. Co zrobiłam? Wzięłam plecak i pojechałam do Indii. Nigdy nie zapomnę czterogodzinnej rozmowy z ojcem Marianem na płycie lotniska. Opowiedziałam mu o swoich kolegach ministrach w pierwszym wolnym rządzie, którzy prowadzili niemoralne życie osobiste - rozwody, wódka. A potem, hyc do kaplicy, aby zobaczył ich Wałęsa i na pokaz przyjąć komunię świętą. To było druzgocące dla mnie. Pytałam Ojca, jak mogę pójść do Akademii, skoro dziś obowiązują takie układy... Słuchał mnie i widziałam, że był bardzo zmartwiony. Bo ojciec Marian chyba przeżywa największy problem, gdy ma pomyśleć o kimś źle. I nagle rozjaśniła się mu twarz, rozbłysły oczy i powiedział coś, co po dziś dzień niesamowicie na mnie działa:
- Popatrz Anusia, jaki ten Wałęsa jest dobry człowiek. Bo przecież dzięki niemu oni chociaż trochę postoją w kościele.
           W pewnym momencie jeden z tych dostojników ciężko zachorował. Straszliwie cierpiał. Ze mną rozmawiał tylko o ojcu Marianie. Ciągle się dopytywał: opowiedz mi jak on tam pracuje, jak można po obozie koncentracyjnym wytrzymać wśród trędowatych w tak ciężkich warunkach. Dzięki opowiadaniom o Ojcu przyjął spowiednika i zupełnie inny umarł.
           Gdy chodzi o moje wątpliwości co do studiów w Akademii Obrony Narodowej, ojciec Marian powiedział:
- Kiedy Pan Bóg stawia cię przed jakimś zadaniem, to nie zadawaj pytań, tylko idź tam i bądź sobą. Jeśli będziesz pracować dla drugiego człowieka, twoja misja będzie spełniona. Pan Jezus nie powiedział, że przyszedł dla zdrowych, lecz dla chorych. Wobec tego traktuj siebie jak osobę chorą, która szuka lekarstwa. Tak samo trzeba traktować innych. Troszczyć się o nich, a nie gorszyć czy obrażać. Aby umieli znaleźć lekarstwo dla własnej duszy.
           Nadszedł czas próby. Jakiś człowiek - ubek - zaczął rozgłaszać o mnie wśród moich kolegów - wojskowych różne okropności, szczególnie przykre dla kobiety. To było brutalne bagno. Gdy dotarły do mnie, ręce mi opadły. Pomyślałam, nie dam rady, wychodzę stąd. Ale też postawiłam sobie pytanie: co zrobiłby w tej sytuacji Ojciec? Przypomniałam sobie sytuację, gdy jakiś trędowaty upił się i latał po kolonii robiąc karczemne awantury. Ojciec Marian podszedł do niego, przytulił do siebie i uciszył. Zrobiłam to samo - coś nieprawdopodobnego, bo ubecy strasznie mnie w życiu dręczyli. Podeszłam do tego, który mnie oczerniał, objęłam go na oczach wszystkich kolegów, dwudziestu ośmiu pułkowników, i powiedziałam: Bracie, masz fatalną pracę, musisz robić takie wstrętne rzeczy, żeby utrzymać rodzinę. Nie zapomnę ciszy, która zapadła. Wszyscy koledzy stanęli za mną murem.
           Podobnie trudną sytuację miałam kiedyś w Telewizji. Nie umiałam pójść na różne kompromisy. Zaczęłam myśleć o wstąpieniu do zgromadzenia zakonnego. Nic mnie nie cieszyło - tylko kościół, Msza święta. Wiadomo, jak trwoga to do Pana Boga. Zwierzyłam się ojcu Marianowi. On powiedział:
- To bardzo dobrze, że w trudnych chwilach człowiek garnie się do Chrystusa, przy Nim szuka wytchnienia dla duszy. Rób to, co ci serce mówi. Nie bój się, że inni powiedzą - nawiedzona. Ale i dodał:
- Widzisz Aniu: Czasami łatwiej jest być misjonarzem, niż reżyserem. Ja chodzę w sutannie, wszyscy wiedzą kim jestem. Ty musisz wchodzić w sytuacje trudniejsze, tym bardziej, że jesteś kobietą. Podziwiam twoją pracę. Dlatego musisz być tylko sobą i mieć w głowie jedno, że każdy twój dzień to konkretna misja do spełnienia.
           Zamurowało mnie. Dzięki Ojcu idę i nie boję się.
           Miłość rodzi się z wdzięczności. Mój Tatuś był dwa lata w Sachsenhausen. Ludzie po przeżyciach obozowych różnie reagowali. Tata stał się człowiekiem zamkniętym, surowym. Nam, dzieciom, trudno było z tym żyć. Nie można było liczyć na jego przytulenie, pogłaskanie. Pogniewał się też na Boga. Mówił: nie ma Go, skoro pozwolił na obozy koncentracyjne. Nie chciał chodzić do kościoła, tylko na wielkie święta. Ojciec Marian, któremu opowiedziałam o Tacie, podczas jednego ze swoich urlopów w Polsce odwiedził nas. Podszedł do Taty, przytulił go i powiedział:
- Jesteśmy koledzy z tej samej strasznej rzeczy. Jak tam było u ciebie, w tym obozie...
           Po ich rozmowie, coś się w Tatusiu zmieniło. Nie zaczął chodzić do kościoła, ale czytał wszystko, co było związane z papieżem i religią. I powtarzał: U nas, na tym krześle siedział ojciec Marian - święty człowiek, mój brat z obozu. Stałam mu się naprawdę bliska. A ojciec Marian w swoich listach do mnie zawsze pamiętał o rodzicach. Jak on to robi, że pamięta o wszystkich swoich przyjaciołach?
           Na ojca Mariana zawsze można liczyć. W każdej sekundzie dnia jest - dla innych. W ciągu dnia mac chwile na medytację czy odpoczynek. Lecz w pozostałych godzinach, służy i służy. Z dobrocią i cierpliwością. I leczy - dosłownie - rany fizyczne, lecz także duchowe. Utożsamia się z drugim człowiekiem - w cierpieniu. Pokazuje, że nie możemy nikogo odrzucać. Jeśli możemy pomóc, to nie zadawajmy pytań, tylko pomagajmy. Tak postępuje ojciec Marian. Cierpienie trędowatego jest bardziej zrozumiałe poprzez świadectwo ojca Mariana.
           W czasie ostatniej podróży filmowałam kobietę, której Ojciec dokonywał kolejnych amputacji. Musiał wycinać po kawałku ciało ze stopy. Było to straszne, odrażające. Ona, oczywiście, nic nie czuła, jak to w trądzie. Lecz widziała postępujący rozkład swego ciała. Była bardzo smutna i ufna. Tak jakoś wyszło, że siadłam przy niej na łóżku. Przytuliła się do mnie i rozpłakała. Płakała łzami, które nie zostały spowodowane cierpieniem fizycznym, lecz dziwnymi, ciepłymi łzami stęsknionej starszej pani. Wtedy ojciec Marian wytłumaczył mi, na czym polega cała sztuka bycia misjonarzem w innej kulturze, w innym widzeniu rzeczywistości:
- Zobacz, ona nie płacze z powodu tych ran. Ona płacze z innego powodu. Jej serce pęka z tęsknoty. Gdy rozpoznała u siebie trąd, uciekła z domu pod osłoną nocy. Zerwała kontakt z synem i córką. Nie wie, gdzie oni są i co się z nimi dzieje. Oni też nic o niej nie wiedzą. Nie może nawet do nich napisać, że jest trędowata. Bo rodzina trędowatej jest cała "skasowana" przez środowisko. Musi się wyprowadzić z wioski. Choćby mieli pracę, dom, dzieci. Rodzina tej kobiety też by przepadła. Ona, uciekając, uratowała swoich bliskich.
           Niepojęte! Jej rozpacz dotyczyła tego, że była bezsilna wobec własnej tęsknoty za rodziną. I nic nie mogła zrobić. Ojciec Marian dał jej wszystko, co mógł: dom, opiekę, przywrócił jej godność człowieka, był jej ojcem. Bo to jest całe sedno jego pracy misyjnej - on jest ojcem, dobrym ojcem, świętym ojcem w Puri.
           Hindusi uważają ojca Mariana za guru, to znaczy za człowieka dobrego, bożego i przede wszystkim mądrego. Ufają jego wiedzy. Ostatnio ambasada indyjska robiła mi trudności z udzieleniem wizy. Powiedzieli - znowu będzie pani robić filmy o trędowatych. Tłumaczyłam... bez skutku. Wreszcie mówię do konsula:
- Chcę jechać do Indii, by odwiedzić najbliższego mi człowieka.
- Jak to, kim on jest dla pani?
- To jest mój guru.
- Tak... Jeśli pani jedzie do swojego guru, to muszę dać wizę.

Anna Pietraszek

Ilość wizyt od 12 października 2005 r.:
free online visitor stat counter