Idę pod trąd
Z o. Marianem Żelazkiem rozmawia Marcin Jakimowicz
Ja
jestem najmniejszy. W obozie byłem gorzej niż trędowaty i wtedy Jezus
opiekował się mną. Gładzę ją po głowie i opowiadam o miłości Boga, o
niebie. I nagle ona zaczyna śpiewać: A ja czuję, jakby obok mnie na
łóżku siedział Jezus. Tuż obok mnie.
Marcin Jakimowicz: – Zawiódł się kiedyś Ojciec na Panu Bogu?
O. Marian Żelazek: – Nie, nigdy. Ale On nie musi spełniać moich
zachcianek, bo lepiej ode mnie wie, co jest mi potrzebne. Często
myślałem, że spotkało mnie ogromne nieszczęście, ale zawsze po pewnym
czasie okazywało się, że działo się to dla mojego dobra. Nie rozumiałem
na przykład, czemu w obozie koncentracyjnym przenoszą mnie do innego
bloku, a okazywało się, że Pan Bóg miał w tym jakiś plan…
Gdy ks. Franciszek Blachnicki wyszedł z więzienia i mówił, że
przeżył tam rekolekcje, znajomi pukali się w czoło. Ojciec wyszedł z
piekła obozu koncentracyjnego i mówi to samo. Jak to możliwe?
– Bo w tym piekle był z nami Pan Bóg. Naprawdę. Ale nie wszyscy w
to wierzyli. W Dachau obok mnie umierał pewien Ślązak. Chciałem
przygotować go na śmierć. Zgaszono światło i modliliśmy się. On
otworzył oczy i powiedział: Powiedz mojej rodzinie, żeby nigdy nie
zapomniała Niemcom tego, co mi zrobili. Przeraziłem się i mówię:
Przebacz. Zobacz: Jezus przebaczył oprawcom, a ty? Myślałem, że go
przekonałem, ale on powtórzył: Niech nigdy im tego nie zapomną. Umarł,
nie przebaczając. Ale Pan Bóg się nad nim uśmiechał. Pan Bóg go
rozumiał, widział jego niedolę…
Wierzyliście, że wyjdziecie z obozu?
– Bardzo chciałem z niego wyjść. Nawet na czworakach….
Podobno narysował sobie Ojciec na desce klawiaturę i uczył się pisać na maszynie…
– Tak. Choć powiedziano mi, że wyjdę z obozu przez komin, uczyłem
się pisać. A od Hiszpanów uczyłem się hiszpańskiego. Bo ja już wtedy
myślałem o misjach. Z przyjaciółmi złożyliśmy śluby św. Józefowi, bo On
zawsze ratował Świętą Rodzinę. Obiecaliśmy mu, jakimi to będziemy
aniołami po wyjściu. I obóz został wyzwolony 22 kwietnia 1945 roku...
na cztery godzinyprzed decyzją o je-go likwidacji. Dwie kompanie już
czekały w Monachium, by nas zniszczyć. A Pan Bóg nas wyciągnął. W
ostatniej chwili. Do dziś pielgrzymuję do Dachau.
„Pielgrzymuję”???
– Tak. To święte miejsce. Kiedyś spotkałem tam parę młodych ludzi.
Pytają: Jak ojciec może tu wracać? A ja odpowiadam: było to okrutne
miejsce. Bez dwóch zdań. Ale ja tu zmartwychwstałem. Wyszedłem z Dachau
i chciałem pojechać na koniec świata, by opowiadać o tym, jaki Pan Bóg
jest dobry.
Płakał Ojciec czasami w obozie?
– Nie było łez. Może zbyt mocno dotykałem śmierci? Doświadczenie
dna pomogło mi. Bo gdy wylądowałem w Indiach, w trędowatych zobaczyłem
swoich braci. Trędowaci są w najniższej kaście: nietykalnych. Nikt się
do nich nie zbliża, umierają w pogardzie. A przecież ja byłem w gorszym
położeniu: miałem wyjść przez komin, byłem przeznaczony na śmierć, nie
mogłem spacerować. Mój przyjaciel, kleryk Norbert Gościeniecki,
zachorował w obozie: dopadła go biegunka. I wtedy blokowy krzyknął:
Wyrzućcie to ścierwo na podwórko, bo cuchnie.
Modli się Ojciec do swych przyjaciół, którzy zostali błogosławionymi?
– Tak. Umierali na moich rękach. Często proszę ich o pomoc.
Wylądował Ojciec w Indiach, gdzie pracowała już Matka Teresa z Kalkuty. Jakie było Wasze pierwsze spotkanie?
– Pamiętam świetnie. Platforma kolejowa w naszej misji. Strasznie
gorąco. Chyba z 47 stopni. Patrzę, a z daleka idą trzy siostry ubrane w
sari. Umęczone upałem. Szybko kupiłem cold drink, chyba Coca-colę,i
mówię jakiemuś chłopakowi: Biegnij, zanieś to siostrom. A on wraca z
butelką i mówi: Siostry nie chcą. Jak to? I wtedy jedna z nich podeszła
i przedstawiała się: Matka Teresa. Dlaczego siostry nie piją coli? Mamy
regułę: nie przyjmujemy nic w czasie podróży. Zrozumiałem, dlaczego. Na
platformie stało wielu biednych. Posłałbym im ten napój? Nie. A
zakonnice potraktowałem lepiej niż biednych. Zawstydziłem się. Matka
Teresa chciała żyć jak biedni. Trafiłem najpierw do plemienia Adibasów.
To ludzie z pierwotnych szczepów. Okazali się bardzo wrażliwi na
przyjęcie Jezusa. Nawracały się całe wioski. Wiele rozumieli. Zdumiała
mnie kiedyś modlitwa wiernych na jednej Mszy. Było to w 1950 roku, w
czasie peregrynacji Matki Boskiej Fatimskiej. Zebrało się aż
trzydzieści tysięcy ludzi. Niektórzy szli nawet sto kilometrów. Adibasi
podchodzili do mikrofonu, by głośno się modlić. I zgadnij, o co
prosili?
Jak znam życie, to o zdrowie i żywność.
– Nie! Choć byli bardzo, bardzo biedni, prawie każda rodzina
modliła się: Panie Boże, daj mojej rodzinie powołanie kapłańskie. To
dopiero wiara! Nie prosili o to, by obrodziły pola, o wodę...
I Pan Bóg wysłuchał?
– Tak! Pracowało nas wtedy 28 misjonarzy. Wszyscy obcokrajowcy. Po
pięćdziesięciu latach mieliśmy już 137 kapłanów Hindusów! Dwóch moich
uczniów zostało nawet biskupami. A dziś jest ponad 150 kapłanów z
Indii! I tylko ja jestem biały. Zostałem sam, rodzynek (śmiech).
Duchowości Wschodu stały się niesamowicie modne. Ludzie jeżdżą
do Indii, szukając religijnych inspiracji. W Polsce szaleje ruch Hare
Kriszna, przedstawiając się jako kwintesencja hinduizmu.
– A w Indiach nie wolno im nawet wejść do świątyni hinduskiej! Obok
mnie stoi świątynia Dżagannathy, którą codziennie odwiedza aż 10 tys.
ludzi. I tam nie wpuści się ludzi z Hare Kriszna. Bo to sekta,
kompletnie nieuznawana w Indiach.
Czy Hindusom łatwo mówi się o miłości Boga?
– Oj, nie. Oni mają mnóstwo bogów, ale żaden z nich nie kocha. Nie
znają Boga kochającego. Ich bóg wymaga, trzeba go zadowolić ofiarą i
rytualizmem. Mój znajomy nefrolog był wielkim ortodoksyjnym hinduistą.
Rano i wieczorem szedł do świątyni. I kiedyś przychodzi do mnie i z
błyskiem w oku opowiada: Ojcze, dziś złożyłem specjalną puja (ofiarę).
Zapaliłem 1008 świateł. Bardzo wykształcony człowiek. A ja pytam: A co
byłoby gdyby zapalił pan 1007 świateł? A on zmartwił się: Oj, to
wszystko byłoby na nic. Wszystko na nic. Wtedy poczułem, czym jest
chrześcijaństwo. Oni chcą szczerze uczcić Boga, ale wystarczy, że się
potkną, zapomną, przeoczą i klops. A mojemu Bogu nie są potrzebne
światełka, ale moje serce. Hindusi często nie potrafią odpowiedzieć,
dlaczego czynią tyle rytuałów. Myślę, że oni idą do Boga bardzo, bardzo
okrężną drogą.
Udało mi się zbudować kościół Matki Bożej tuż obok świątyni
Dżagannathy. Ta świątynia nie jest dla nich żadną konkurencją. Oni
kłaniają się nisko przed świątynią Maryi. Najświętsza Panienka jest
matką Jezusa – jednego z wielu bóstw. Bardzo często podkreślają:
zobacz, jacy jesteśmy podobni. Ale nie mogą przyjąć tego, że Bóg jest
jeden, że stał się człowiekiem i że zdarzyło się to tylko raz. Ale
chrześcijaństwo zmienia Indie. Kiedyś jeden z wysokich urzędników
hinduskich podszedł do mnie i powiedział: jeżeli nie staniemy się
chrześcijanami, nigdy nie będzie postępu. Bardzo zdumiało mnie to
stwierdzenie, ale tak jest. Dlaczego oni nie pomagają trędowatym? Bo
nie mogą się skalać pracą z kimś z kasty nietykalnych. On ma taką karmę
– mówią – musi cierpieć. A nie musi cierpieć. Trąd jest uleczalny, ale
Hindusi… nie chcą się leczyć.
Dlaczego???
– Bo w Indiach ktoś, kto zachoruje na trąd ,traci przywileje kasty,
staje się nietykalny, wykluczony z życia społecznego. I chory ukrywa
jak najdłużej swoją chorobę. Ale potem i tak przychodzi do nas. Tyle że
w opłakanym stanie.
Kiedyś Matka Teresa pomagała na sali umierającym, sprzątała,
owijała cuchnące rany. Ujrzał to jeden turysta i mówi: Ja nie
pracowałbym tu nawet gdybym dostał 1000 dolarów. A ona na to: a ja nie
pracowałabym nawet za 1000 tys. dolarów! Ja pracuję dla Pana Jezusa, a
On powiedział: Cokolwiek uczyniliście jednemu z najmniejszych... Ja
jestem najmniejszy. W obozie byłem gorzej niż trędowaty i wtedy Jezus
opiekował się mną. Bo ja jestem taki Jezusowy żołnierz. Każe mi iść, to
idę.
Czy miał Ojciec w Indiach realne doświadczenie Jego obecności?
– Tak, kilka razy, choć nie opieram na tym swej wiary. Ale miałem
takie chwile. Siedziałem przy umierającej kobiecie. Była opuszczona, bo
konających hindusi boją się jak ognia, nie mogą się skalać dotykiem...
Gładzę ją po głowie i opowiadam o miłości Boga, o niebie. I nagle ona
zaczyna śpiewać: A ja czuję, jakby obok mnie na łóżku siedział Jezus.
Tuż obok mnie.
Spotyka Ojciec w Indiach dwie Polki wpatrzone jak w obrazek w jakiegoś guru. Co ojciec czuje?
– Mówię im, słuchajcie, gdybyście tak uczciwie szukały odpowiedzi w
Polsce, jak to robicie w Indiach, znalazłybyście ją szybciej. Po co
odcinać swe korzenie? Nie trzeba jechać do Indii czy Nepalu. Bóg jest
tuż za rogiem. Ale napijmy się kawy, bo jak ostygnie, to już nie będzie
taka dobra. Ostatnio odkryłem, dlaczego misjonarze są tacy silni. Bo
codziennie pijemy kawę (śmiech). Gdy przyjechałem ponad pięćdziesiąt
lat temu do Indii, nie mieliśmy niestety kawy. Zasadziłem parę
krzaczków, potem wyprażyłem ziarenka, ale to nie było to! Napijmy się.
Tylko gorąca jest dobra.