Ojciec Mariusz Szczepański SVD
(przeznaczony do pracy w Ekwadorze)



Warto było zaryzykować…


Kiedy w 1994 roku, pierwszy raz pojechałem do Nysy na rekolekcje do werbistów, na tablicy przy kaplicy rekolekcyjnej wisiał plakat powołaniowy zrobiony w formie ogłoszenia, którego treść brzmiała: ZATRUDNIĘ OD ZARAZ… głosicieli Ewangelii; świadków wiary; budowniczych pokoju; strażników prawdy; obrońców uciśnionych; szaleńców miłości… Miejscem pracy: cały świat… Płacę: ŻYCIEM WIECZNYM… podpisano: Jezus z Nazaretu.
Pochodzę z Wrocławia, a dokładniej z historycznej dzielnicy wrocławskiej o nazwie Psie Pole, gdzie mieści się moja parafia p.w. św. Jakuba i Krzysztofa. Jestem pierwszym dzieckiem moich rodziców. Po mnie, przyszli na świat: moja siostra Agnieszka i brat Krzysztof. Rodzice wkładali w nasze wychowanie wiele wysiłku. Wiarę i wartości religijne, kształtowały się dzięki ich miłości rodzicielskiej wobec nas. Jako dorastający chłopiec, nie byłem wcale taki święty ani taki grzeczny i zdarzało się, że raz czy drugi coś zbroiłem, bo wszędzie było mnie pełno…. W szkole podstawowej nie uchodziłem za wzorowego ucznia. Raz było lepiej, a raz gorzej. Podobnie było, gdy rozpocząłem naukę w Lotniczych Zakładach Naukowych we Wrocławiu… To były piękne lata nauki, może nie zawsze przeze mnie doceniane, ale naprawdę piękne….. To właśnie dzięki nauczycielom, którzy wtedy mnie uczyli, zdobyłem wiedzę i umiejętności, za które jestem im bardzo wdzięczny.
Pod koniec szkoły średniej, zacząłem się już poważnie zastanawiać nad tym, co tu dalej w życiu robić... Faktem jest, że jeździłem również w czasie szkoły na rekolekcje do werbistów do Nysy, ale wracając po takich rekolekcjach – zaczynała się znowu szara rzeczywistość życia i obowiązków, no i euforia przeżytych rekolekcji znikała pochłonięta codziennością. Nie przypuszczałem, że owoce tych rekolekcji gdzieś, głęboko w moim sercu się rozwijają…Zaczęło się snucie planów. Co tu robić po maturze? Może jakieś studia? A może podjąć pracę i zacząć zarabiać, żeby odciążyć trochę rodziców i starać się samemu zadbać o siebie? Plany były wielkie. W każdym razie nie były one zgodne z planem Pana Boga… Widać, że On ma swoje metody i swoje sposoby pozyskiwania współpracowników…
Gdy wróciłem pewnego razu ze szkoły – a to było jakoś w takcie trwania egzaminów maturalnych – mój Tato powiedział mi, że był telefon z Nysy… Dzwonił o. Henryk Kałuża i pytał czy dostałem zaproszenie na rekolekcje… Odpowiedziałem, że nic nie przyszło… Wtedy, w głębi serca pojawiły się pytania: Co jest grane?!?! Przecież nigdy nie było żadnych telefonów z Nysy, tylko zaproszenia przysyłane pocztą?!?! Z resztą na ostatnich rekolekcjach nie byłem, bo trzeba było uczyć się do matury!!! To chyba jakiś kawał z tym telefonem…Jednak po zdanych egzaminach postanowiłem pojechać na te rekolekcje. Nie wiem co mnie wtedy tknęło ale wsadziłem też do plecaka świadectwo maturalne i tak udałem się do Nysy. Pamiętam jak dziś, że Msza Święta na rozpoczęcie rekolekcji była o 18:00, a kolacja o 19:00. Jadąc w autobusie z Wrocławia wiedziałem, że na Mszę już nie dotrę, bo autobus przyjedzie do Nysy dopiero po 18-tej, więc szedłem sobie z dworca spacerkiem na drugi koniec Nysy do domu Werbistów. Gdy dotarłem na miejsce było już około godziny 19-tej, a więc zaraz kolacja. Pomyślałem, że zajdę jeszcze do kaplicy pomodlić się i podziękować za zdane egzaminy. Gdy wszedłem do kaplicy, zobaczyłem chłopaków, siedzących w ławkach, a w drzwiach zakrystii stojącego ojca rekolekcjonistę, ubranego w ornat, który powiedział do mnie: Witaj chłopie! Właśnie na Ciebie czekaliśmy. Teraz możemy rozpocząć Mszę Świętą… Te słowa podcięły mi nogi… Pomyślałem sobie: Pan Bóg ma niezłe poczucie humoru… To były moje ostatnie rekolekcje u Werbistów, przeżyte jako „cywil”.
W 2001 roku, rozpoczął się nowy okres w moim życiu – formacja zakonno-misyjna. Najpierw sześciotygodniowy postulat w Nysie, potem roczny nowicjat w Chludowie koło Poznania, a następnie studia filozoficzno-teologiczne w Pieniężnie oraz roczna praktyka pastoralna w Domu Dziecka w Krakowie. Lata seminaryjne to wspaniały czas, ale zarazem bardzo trudny. Trudność polega na tym, że codziennie weryfikuje się, podjętą decyzję. Powstają pytania: Panie Boże, czy rzeczywiście to jest to? Czy dobrą drogę wybrałem? Seminarium, to oprócz studiowania i modlitwy, ciężka praca nad sobą, wymagająca wiele wysiłku ale możliwa do wykonania.
Dziś, po latach przeżytych w seminarium wiem, że warto było... Warto było zaryzykować i odpowiedzieć na ogłoszenie, które kiedyś przeczytałem w Nysie. Teraz widzę, że wszystko to, czego doświadczyłem w dzieciństwie, młodości i latach seminaryjnych miało sens. Bóg postawił na mej drodze ludzi, którzy okazując dobre serce, uczyli mnie jak być dobrym, jak kochać drugiego człowieka, jak cieszyć się radością życia nawet w trudach codzienności. Teraz, przed rozpoczęciem kolejnego etapu w moim życiu, pragnę serdecznie podziękować przede wszystkim Trójjedynemu Bogu za dar życia i łaskę powołania. Moim rodzicom za trud wychowania, za okazywaną miłość i cierpliwość; księżom z mojej parafii za świadectwo bycia kapłanem; nauczycielom za wiedzę i wszystko to, co w latach szkoły otrzymałem; kolegom, koleżankom, przyjaciołom, współbraciom-werbistom za wspólny czas dorastania, za radość wspólnego przebywania ze sobą i za wszystko, co wspólnie przeżyliśmy. Wam drodzy czytelnicy „Misjonarza” dziękuję przede wszystkim za modlitwę i zarazem proszę o nią, abym mógł z radością i wytrwale świadczyć o Chrystusie na ziemi ekwadorskiej.


Galeria zdjęć ojca Mariusza:

Twoja przeglądarka nie obsługuje technologii Flash. Tu możesz pobrać odpowiednią wtyczkę.




project by: Bartłomiej Parys, SVD   ©
admin: Łukasz Chrunik SVD                 
© www.3dflags.com