Szachownica życia…
Każda gra rządzi się swoimi prawami i zasadami, jednak życie ludzkie, a tym bardziej duchowe, to nie zwykła gra, w której wszystkie schematy i elementy są poukładane, a kolejne ruchy można przewidzieć – to coś więcej. Osobiście przekonałem się o tym patrząc na drogę swojego powołania kapłańskiego, zakonnego i misyjnego.
Od najmłodszych lat nawet przez sekundę nie przechodziła mi przez głowę myśl o życiu w stanie konsekrowanym, w którym obecnie jestem. W okresie dzieciństwa i młodości bardzo lubiłem angażować się w różne inicjatywy mające na celu niesienie pomocy drugiemu człowiekowi, jednak nie było w tym wszystkim żadnego pierwiastka duchowego. Przełom nastąpił z chwilą pójścia do szkoły średniej, kiedy zacząłem mocniej zwracać uwagę na swoje potrzeby duchowe. Wykorzystali to ludzie, którzy wciągnęli mnie do swojej grupy i ukazując mi pozorną prawdę o Bogu czekali na moje tak. Ich pragnieniem było poddanie się im, aby móc w przyszłości uczynić mnie jednym ze swych liderów. Dużo obiecywali (dziś grupa ta jest uznana za sektę), ale dzięki Bożej łasce i tak mnie nie dostali!
Podczas mojej pięcioletniej edukacji w szkole średniej i dwuletniej w studium medycznym Bóg ciągle stawiał na mojej drodze życia ludzi, którzy dawali o Nim świadectwo, a tym samym mnie do Niego też zbliżali. Równolegle jednak toczyło się młodzieńcze życie pełne różnych wariacji, rozrywki, głupot i błędów. Życie w tamtym czasie było niczym szachownica, gdzie białe pola przeplatały się z czarnymi. Początkowo na tej szachownicy życia moim rywalem był Bóg, bo ja chciałem wszystko po swojemu, a On pokazywał mi, że będzie inaczej. Po śmierci Taty (miałem wtedy 17 lat), zacząłem usilniej zastanawiać się nad celem i sensem życia. Dom parafialny stopniowo stawał się moim drugim domem, a otwartość i głębokie życie wewnętrzne ówczesnego proboszcza ks. Józefa Potyrały bardzo mi imponowały.
Po ukończeniu studium medycznego wdzięczny za wszystko Bogu, Rodzinie i tym wśród których wzrastałem oznajmiłem, że po wielu modlitwach i rozważaniach mam przekonanie: Najwyższy powołuje mnie do swoich szeregów. Wstąpiłem do Werbistów. Postanowiłem wtedy zagrać na mojej szachownicy życia razem z Panem Bogiem w teamie, a rywalem stało się to co grzeszne i śmiertelne. To było genialne posunięcie.
W czasie całej formacji, przygotowań do kapłaństwa i posługi misyjnej było wiele radości, miłych chwil, ale także trafiały się niekiedy sytuacje trudne i smutne. Ostatecznie jednak patrząc w przeszłość wyraźnie dostrzegam działanie Bożej Opatrzności, a pokładając w Nim ufność wiem, że zawsze wyjdę na prostą. Mogę Go nie widzieć, mogę Go nie słyszeć, mogę nie odczuwać Jego obecności, ale wiem, że On jest!
To, co chciałbym wyrazić w podsumowaniu zawiera się w słowach, które napisał w jednym ze swoich listów św. Józef Freinademetz: „Z wszystkich miejsc na świecie to jest dla mnie najlepsze, gdzie chce mnie mieć Bóg; drogi, które nam Bóg wyznaczył, są święte; niczego nie obawiajmy się bardziej niż tego, by je opuścić… Idźmy zawsze tam, dokąd nas woła, a pozostańmy tak długo, aż każe nam odejść...” Dziękuję Ci Panie za ten wielki dar…!