Warto walczyć do końca
Pochodzę z Podkarpacia dokładnie z Laszek miejscowości położonej kilkanaście kilometrów od miasteczka Jarosław. Moi rodzice to Józef i Maria. Z piątki dzieci urodziłem się jako trzeci syn. Najstarszym z Braci był Adam, następnie przyszedł na świat Stanisław a po nim ja. Pomnie urodziła się siostry Bernadeta i Małgorzata. Rodzice wychowali nas dobrze. Wiarę i wartości religijne wpoili nam najlepiej jak tylko potrafili. Jako dzieciak byłem małym buntownikiem, krótko mówiąc łobuzem, ciągle coś broiłem i rozrabiałem. Wiem że niema się czym chwalić, ale tak było. W szkole nie byłem prymusem. Dzięki nauczycielom i księżom którzy wpajali nam wiedzę, wartości etyczne i moralne zdobyłem umiejętności za które jestem im bardzo wdzięczny, bo dzięki nim zrozumiałem, że życie można przeżyć dobrze tylko raz, albo je zmarnować. W domu, praktycznie wszędzie było mnie pełno. W ciągu całego swojego życia, aż do chwili wstąpienia do Zgromadzenia Słowa Bożego, borykałem się z różnymi problemami. Byłem pewnego rodzaju pechowcem. Częste wizyty u lekarzy i w szpitalu, przez własną głupotę, doprowadzały mamę do łez. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z tego, że mogę przez swoje luzackie, a raczej bezmyślne życie doprowadzać kogoś do takiego stanu.
Kiedy znalazłem się u Werbistów zacząłem zastanawiać się jak to jest, że Pan Bóg wybiera sobie takie niesforne dzieciaki i chce, aby one mu służyły. Do dziś jest to dla mnie tajemnicą. Dobrze pamiętam chwile gdy podejmowałem decyzję wstąpienia do Werbistów. Czułem wewnętrznie, że jest to właśnie ta droga, którą powinienem pójść. Jednak świadomość rezygnacji ze wszystkiego, z pracy, klubu piłki nożnej, rodziny i dziewczyny, budziła we mnie żal i wiele pytań do Boga, dlaczego ja, Boże! może ktoś inny, ja wiem czego chcę. Jak ja tęskniłem. Nie potrafię tego opisać. Jednak Bóg wiedział co będzie dla mnie lepsze.
Gdy rozpocząłem naukę w liceum zaocznym dla pracujących, podjąłem pracę w Gminnym Ośrodku Kultury w Laszkach. Tam poznałem wielu wspaniałych ludzi którzy zawsze byli dla mnie życzliwi i chętnie służyli mi pomocą. Dziś wiem że wspierają mnie modlitwą i dzięki temu na tej drodze nie jestem sam. Po ukończeniu liceum wstąpiłem do Misjonarzy Werbistów.
Rozpocznął się dla mnie czas piękny, a zarazem trudny, pełen wyrzeczeń i doświadczeń. W postulacie, przez okres kilku tygodni miałem ochotę uciec, wrócić do domu. na szczęście nie tylko ja miałem takie wątpliwości. Jednak za każdym razem przypominałem sobie jak wiele kosztowało mnie zostawienie wszystkiego i jak długo borykałem się z decyzją wstąpienia. Uznałem, że głupotą byłoby gdybym teraz przez jakieś przyziemne pragnienia zmarnował to co może dziś nie jest tak ważne dla mnie , ale jest ważne dla Boga. W głębi serca czułem, że to nie przypadek że tu jestem, bo nie wielu z młodych chłopaków ma takie myśli. Dlatego postanowiłem walczyć o ten wybór.
Dziś mówię że warto, warto walczyć do końca, choć czasem brakuje sił, ale wiem że w tych wszystkich momentach nie byłem sam. Byli koledzy, rodzina, przełożeni, a przede wszystkim był Bóg. Kolejne lata pobytu w seminarium nie były łatwe. Choć niektórym się wydaje, że to przedsionek nieba. Wierzcie mi, tak nie jest. To ciężka praca nad sobą, ale można to przeżyć. Tylu przeżyło, ja przeżyłem i pewnie wielu jeszcze pomnie też to przeżyje. Ale życie z Bogiem ramie w ramie jest radosne, choć czasem usłane różami z kolcami, mimo to radosne, bo zbawienne.